… z mojego punktu widzenia. Oczywiście.

 

Dzień, kiedy przychodzi na świat dziecko jest niewątpliwie jednym z najważniejszych w życiu kobiety. Jednym z najpiękniejszych. Takie niewątpliwie były dni narodzin moich dzieci. Spokojne i radosne. Intymne. Nasze! Piękne! Aż chciałoby się więcej…
Niestety, większość moich koleżanek nie może tego powiedzieć o swoich porodach. Opowiadają o nich jak o traumie. Historie, które słyszę nigdy nie powinny mieć miejsca, a w polskich szpitalach są codziennością.
Ale nie o tym teraz. Dziś będzie o tym dlaczego to, że rodziliśmy w domu było najlepszą decyzją dla nas i dla naszych dzieci.

1. Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej (rodzić w domu).

Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej, jak mówi stare porzekadło. Mój dom zawsze był dla mnie oazą, miejscem gdzie czułam się bezpiecznie, gdzie zawsze wracałam by odpocząć i zrelaksować się. A w czasie porodu właśnie o poczucie bezpieczeństwa chodzi. Bo żeby oksytocyna mogła robić swoje potrzebny nam spokój. Niepewność, strach to nieproszeni goście. A stres często pojawia się na samą myśl o białym fartuchu, o szpitalnych procedurach. To powoduje, że wydziela się adrenalina, oksytocyna znika, akcja porodowa ustaje a co dalej się dzieje będzie w kolejnych punktach tej listy…
W swoim domu znam każdy kąt. Są przy mnie tylko osoby, którym ufam, przy których czuję się swobodnie, które maja dla mnie i mojego dziecka czas. To osoby, które zostały zaproszone na poród przeze mnie. Nie personel szpitalny, który widzę pierwszy raz w życiu. Nie chcę pytać czy mogę sobie zrobić herbatę i gdzie zagrzać wodę. Chcę iść do lodówki i wziąć to na co mam ochotę. Sama! No albo powiedzieć w bólach, tonem nieznoszącym sprzeciwu: Herbata! I wiedzieć, że dostanę dokładnie taką herbatę jaką lubię. W domu nic mnie nie zaskoczy, nie będzie niepotrzebnych niespodzianek i niepewności spowodowanej nieznanym miejscem. W domu porody zwykle są spokojniejsze.

 

2. Kobieta decyduje o przebiegu porodu w domu.

No bo kto rodzi? Kto czuje swoje ciało? Kto wie najlepiej czego potrzeba w danej chwili rodzącej? No przecież nie jakiś pan w białym kitlu, choćby nie wiem ile fakultetów skończył.
Podczas moich porodów to ja decydowałam czy chcę stać, leżeć, kucać, biegać czy fruwać ze szczęścia. No dobra, bliżej mi było do chodzenia po ścianach z bólu niż do tego fruwania. I właśnie dlatego tak cenię sobie komfort decydowania. Nasza położna czasem delikatnie podsunęła pomysł zmiany pozycji na inną, która według niej będzie ułatwiała mi przejście danej fazy porodu. Nic nie narzucała. Czasem rzeczywiście to pomagało, czasem mniej, a czasem nie chciałam nic zmieniać. Wierzę, że każda kobieta, jeśli jej na to pozwolić, jeśli ma szansę wsłuchać się w swój organizm, będzie najlepiej wiedziała co dla niej i dla dziecka jest w danym momencie najlepsze. Będzie chciała chodzić – niech chodzi, będzie chciała leżeć w wannie – niech się moczy, ma ochotę zjeść obiad – smacznego! Położna w domu liczy się ze zdaniem rodzącej.

 

3. Położna jest tylko dla jednej rodzącej.

Nie do przecenienia jest fakt, że podczas porodu domowego jedna położna opiekuje się jedną rodzącą. Dokładnie więc wie co się dzieje. Kobieta jest pod stałą kontrolą, jest cały czas dyskretnie obserwowana. Gdyby zaczęło dziać się cokolwiek niepokojącego zostanie to natychmiast wyłapane. I będzie czas na reakcję i podjęcie odpowiednich decyzji. A te decyzje też będzie łatwiej podjąć, gdyż zazwyczaj wybrana przez nas położna jest osobą, której ufamy i z którą wcześniej zbudowaliśmy więź.

 

4. Wszystko dzieje się w swoim tempie.

W domu wszystko dzieje się bez pośpiechu. To dziecko decyduje ile czasu potrzebuje. Nie lekarz, któremu kończy się zmiana czy położna, której brakuje łóżek na przepełnionym oddziale. Daty porodu nie da się przesunąć, nie da się skrócić czasu jego trwania. Wróć – można to zmienić, można umówić termin cesarki czy podać oksytocynę. Ale my tu mówimy o porodzie siłami natury.

 

5. Brak zbędnej medykalizacji.

Szpital – czyż nie jest miejscem dla chorych? A czy ciąża to choroba? No właśnie. Wyobraźmy sobie, że zaczyna się akcja porodowa, skurcze stają się częste, rodząca jedzie do szpitala, wchodzi na oddział, wszędzie widzi sprzęt ratujący życie, białe fartuchy i obce twarze. Typowe rzeczy, które widzimy kiedy idziemy w odwiedziny do chorego. Co się dzieje w głowie tej kobiety? Zaczyna się obawiać, może nawet bać się. W tym momencie następuje wystrzał adrenaliny, hormonu nadrzędnego nad oksytocyną, której produkcja zostaje wstrzymana (no bo skoro pojawiło się niebezpieczeństwo, niedźwiedź idzie w stronę jaskini to trzeba zbierać siły i uciekać lub walczyć, nie rodzić, bo wtedy szans na przeżycie nie będzie miała ani matka ani jej dziecko). Akcja porodowa, nie ma innego wyjścia, ustaje. A że jesteśmy w szpitalu to już czekają na nas z lekarstwem – podadzą nam oksytocynkę. Zamiast poczekać i zapewnić nam poczucie bezpieczeństwa. A sztucznie podana oksytocynka nie działa jak ta wytworzona przez organizm. Ta od razu bierze się do dzieła, zaczyna szaleć, powoduje bóle większe i częstsze skurcze niż jej naturalna koleżanka. Nie daje czasu na odpoczynek matce. Matka prosi więc o leki przeciwbólowe. Te znów powodują, że trzeba podać dożylnie kolejną dawkę oksytocyny. Skurcze są bardzo silne, wypychają malucha. Ale nikt nie zadbał o to by drzwi się wcześniej otworzyły. Maluch zmęczony parciem prawie bez przerwy, traci dech. Lekarz orzeka: dziecko traci tętno, nie ma czasu, musimy działać. W najlepszym wypadku kładzie się na brzuchu wypychając malca siłą, rwąc przy tym matkę. W tym gorszym tnie matkę wyrywając malca. Na zimną przeraźliwie jasną, pełną hałasu i nerwów salę operacyjną.
W domu położna poczeka, wie, że akcja może zwolnić, może nawet ustać na chwilę. Bo w domu jest czas dla dziecka. Wszystko toczy się swoim rytmem, bez zbędnych ingerencji.

 

6. Kolonizacja bakterii.

Jak wiemy pierwsze chwile są najważniejsze jeśli chodzi o kolonizację bakterii. W szpitalu nasze dziecko dostanie w bonusie kilo szpitalnych bakterii. Ja wolę niczego w bonusie nie dostawać. Tym bardziej nie chcę takich bonusów dla mojego dziecka. Na kolonie przyjdzie jeszcze czas. 😉 Tymczasem moje dziecko ma być skolonizowane moimi bakteriami.

 

7. Po porodzie w domu noworodek jest z mamą.

W domu nikt nie zabiera noworodka po porodzie. Mierzenie, ważenie i inne czynności mogą poczekać. Zresztą w domu tych czynności jest mniej niż w szpitalu. I nie one są najważniejsze, a większość z nich można zrobić na maminym brzuchu bez potrzeby zabierania dzidziusia od rodziców.

 

8. Tata jest aktywnym uczestnikiem porodu.

Tata nie jest biernym obserwatorem. On aktywnie uczestniczy w porodzie. Ja nie wyobrażam sobie porodu w pojedynkę. Potrzebowałam go przy każdym skurczu. Jego obecność działała jak leki przeciwbólowe. On musiał być przy mnie.
Wiem z relacji innych tatusiów, którzy towarzyszyli swoim kobietom podczas porodów domowych, że czuli się potrzebni podczas tych ważnych chwil. Nie byli widzami spektaklu o znamionach horroru. Oni byli na scenie, w środku pięknego spektaklu odgrywali jedną z ról. Przeżywali poród, nie kryli emocji. Rodzili razem.

 

9. Tata produkuje prolaktynę – hormon przywiązania

Badania pokazują, że im bardziej tata zaangażowany jest przy porodzie tym więcej czasu poświęci opiece nad swoimi dziećmi. Odpowiedzialna jest za to prolaktyna, która wytwarza się gdy tatuś opiekuje się maluchem, a kiedy prolaktyna się wytwarza tatuś chce być zaangażowany jeszcze bardziej. I to piękne koło się zamyka.

10. Nie trzeba opuszczać na kilka dni starszego rodzeństwa.

Nie musiałam zostawiać swojego małego jeszcze syna na kilka dni bez mamy. On po prostu wyszedł na chwilę z babcią na spacer. Jak co dzień. Po prostu. Nie musiał przeżywać długiej rozłąki z mamą, której z racji swojego wieku nie umiałby zrozumieć. Nie musiał kojarzyć tej rozłąki z nową siostrą i jej za to obwiniać.  On był u siebie w domu, z obojgiem rodziców, gdzie czuł się bezpiecznie. W kilka chwil po porodzie, w domu powitał swoją malutką siostrę. Czuł się ważny. Jestem przekonana, że taka forma powitania rodzeństwa ułatwia starszym dzieciom jego akceptację.

 

11. Cała rodzina od razu jest razem.

Dla mnie najpiękniejsze chwile były zaraz po narodzinach. Z dzidziusiem na piersi, z Niemężem u boku, przytulając starszego synka. W swoim łóżku. A najpiękniejszy moment to ten, kiedy starszy brat przywitał swoją kilkunastominutową siostrę. Podszedł do nas, spojrzał na nią i dał jej buzi. Sam z siebie. Myślę, jestem przekonana, że w szpitalu nie zrobiłby tego. Sam czułby się przestraszony, zawstydzony, nieswojo. A w domu od pierwszych chwil byliśmy razem! Całą rodziną!

 

12. Szybki powrót do sił.

Myślę sobie, że powrót kobiety do sił po porodzie domowym przebiega niewspółmiernie szybko w porównaniu do porodu w szpitalu. Może chodzi o ten czas i o pozwolenie kobiecie na rodzenie w pozycjach dla niej najlepszych, może chodzi o to, że po porodzie odpoczywa w swoim domu, w swoim łóżku i tylko wśród swoich najbliższych… Nie wiem jak byłoby gdybym nie rodziła w domu. Ale po kilku godzinach tulenia się z maluszkiem i prysznicu byłam pełna sił i energii. Nie miałam najmniejszych problemów z siadaniem. Czułam się naprawdę bardzo dobrze.
Wiem, że nie każdy, nawet jeśli chce, może rodzić w domu. Wiem, że ktoś może świadomie decydować się na operację cc. I ok.
Dla nas te dwa porody domowe były wspaniałe. Magiczne były chwile po porodzie, wspólne, nasze, rodzinne. I mogły takie być właśnie dlatego, że odbyły się w domu. Dziękuję za to.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here