Podróżowanie z dzieckiem takim jak nasze jest nie tylko możliwe, jest tez po prostu przyjemne. Kruszon współpracuje znakomicie, jest pogodny, odpowiada na uśmiechy ludzi, ogląda świat z zaciekawieniem. Szkopuł jednak tkwi w szczegółach. Tym małym szczegółem jest wózek.

W Korbielowie mieliśmy biegowy, który idealnie zdał egzamin na górskich ścieżkach ale tylko wtedy kiedy Kruszon słodko sobie spal. Kiedy nie spał wtulał się w nas w chuście.

Na Kubę wózka nie braliśmy, co okazało się słuszną decyzja gdyż nasz hotel usytuowany był na zboczu wzgórza i na całym, rozległym terenie znajdowało się dużo schodów. Swoją drogą widziałam w tym właśnie hotelu wielu gości poruszających się na wózkach inwalidzkich, jak oni sobie tam radzili nie mam pojęcia. My radziliśmy sobie świetnie z chustą. Wycieczka wgłąb Kuby- Kruszon hyc do chusty, wieczorne spacery- chusta. Chustę lubimy i bardzo polecamy na wyjazdy i nie tylko.

Tym razem uparłam się, że chcę zabrać wózek. Że może bez zimowego kombinezonu i w nie tak bardzo zabudowanym po bokach (nasz biegowy jest taki właśnie) wózku będzie jeździło się przyjaźniej. Warunek był jeden – wózek musi być w miarę lekki i poręczny w podróży. Udało nam się pożyczyć składany wózek parasolkę i podjęliśmy próbę. Już na samym lotnisku otwieraliśmy oczy ze zdumienia. Kruszon siedział sobie spokojnie i oglądał bezcłowy świat. Po przylocie bez protestów pozwolił się wozić, nawet sam usnął i smacznie sobie odsypiał zarwana przez lot noc. No, bajka! No właśnie- bajka.

IMG_5086.JPG

Czyli do rzeczywistości daleko. Trzeciego dnia nasze dziecko wyraziło zdecydowany i nieznoszący sprzeciwu protest. Zaczęło się wyginanie w strunę, prężenie i towarzyszący tym wszystkim działaniom krzyk. Ja postanowiłam cieszyć się choć tymi trzema cudownymi pierwszymi dniami bez noszenia Kruszona na rękach. I chyba spotkała mnie nagroda bo okazało się, że z Kruszonem da się pogadać. Jak ma dobry humor to i pręży się jakby mniej i wrzeszczy jakby ciszej wiec nie stawia tak dużych oporów i daje się zapiąć pasami godząc się z losem. Działa też jak Tatuś zmarszczy groźnie brwi, zbliży je do siebie i niskim głosem powie: spójrz na mnie! Kruszon oczywiście nie spogląda, udaje, że nie słyszy, ale jego ciałko mięknie i wsuwa się w siedzisko wózka. Tak właśnie pojechaliśmy do oddalonego od miasteczka, w którym mieszkamy o jakieś 20 km, ogrodu botanicznego. Połowę dnia Kruszon dzielnie spędził w wózku. Niestety drugą połowę już na rękach. Następnego dnia sytuacja wyglądała podobnie. Pojechaliśmy zwiedzić Port Luis – stolicę i pierwszą połowę dnia można było zwiedzać z perspektywy wózka. Drugie pół nasze dziecko wolało oglądać z perspektywy oczu rodzica.

P1170813.JPG

Na wypady na plażę wózek przeważnie zabieramy -sprawdza się znakomicie jako element konstrukcji naszego obozu 😉

P1170493IMG_5185

 

Z wakacji wracamy jednak pełni nadziei, że wózek już nie parzy aż tak jak kiedyś, że w Polsce wiosna i że nie trzeba będzie wciskać się i w kombinezon i w śpiworek i że z naszym Synem można się dogadać 🙂

Do zobaczenia w domu!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPupile
Następny artykułMoże morze…

3 KOMENTARZE

  1. Ale za to odkrycie KOŁA,które umożliwił wózek,jest dla Mikołajka wyraźnie tak samo fascynujące jak wtedy gdy zostało ono odkryte po raz pierwszy dla ludzkości!Jaki ten świat jest piękny i ciekawy!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here