Kupiliśmy bilet na Mauritius a wylądowaliśmy w Raju. Słońce, turkusowa woda, białe plaże, a do tego uśmiechnięci i uprzejmi ludzie, pyszne jedzenie. Czego chcieć więcej? Ano można chcieć więcej…

 

„AGENT”

Mamy! Mamy nazwę! – cała nasza grupa nie kryła zdumienia. Powątpiewaliśmy, że uda nam się zmienić lokum ale dostaliśmy wiadomość i nazwę nowego hotelu. Nie mamy jednak wiele czasu. Musimy najpierw zobaczyć, sprawdzić wszystko: czy warunki, czy daleko, czy dojście, czy sklep, czy bary z jedzeniem… Czy nie z deszczu pod rynnę. Na mapie widać, że to spory kawałek drogi. Najlepiej sprawdzić osobiście. Dwójka z naszej siódemki zgłasza się na ochotnika – pójdziemy, zobaczymy, po powrocie wszyscy podejmiemy decyzję. Świetnie.

Oni idą, my zostajemy na plaży. Jest cudownie. Woda przejrzysta, turkusowa i ciepła. Piasek jasny, drobny. Szeroki pas bujnej zieleni daje chłodzący cień. Uliczni sprzedawcy kuszą pachnącymi owocami, sokami, przysmakami lokalnej kuchni. Wystarczy zamówić – doniosą na konkretną godzinę w umówione miejsce na plaży. Raj na ziemi! Korzystamy więc i leniwie czekamy na naszych kolegów.

K. z G. wracają rozpromienieni. Podoba im się, są zdecydowani. Pokazują nam zdjęcia i zdają relację. Mamy 10 minut na podjęcie decyzji, a że wszystko wygląda zachęcająco to i my decydujemy się na zmianę lokum. Nie wiemy jednak, że to nie takie proste…

Mamy do dyspozycji jedynie dwa telefony na całą grupę. Dwa ROZŁADOWUJĄCE się telefony. A w zasadzie jeden rozładowujący się a drugi już rozładowany i to w nim numer telefonu, pod który mamy zadzwonić by otrzymać wskazówki. My na dzikiej plaży, a zegar tyka.

Próba włączenia choćby na chwilę telefonu, by spisać numer kończy się fiaskiem. G. wpada na pomysł, że może uliczni sprzedawcy będą mieć ładowarkę i jakimś cudem prąd w swoich prowizorycznych kramikach. Nie mają. Ale od czego są taksówkarze! Zawsze wiedzą wszystko i jak się okazuje dysponują niezbędnikiem przetrwania XXI wieku, zawierającym m. in. ładowarkę do telefonu komórkowego. Udaje się podładować telefon, akurat by otrzymać wiadomość. Mamy wytypować trzy osoby, po jednym przedstawicielu z każdej pary. Dokładnie o godzinie 14:15 pod hotel podjedzie Zajir – agent, który zawiezie je do biura w celu uiszczenia opłaty i dokonania innych niezbędnych formalności. Pozostali zostają w hotelu by spakować walizki…

Brzmi jak jeden z odcinków tefałenowskiego programu? Tak też się czuliśmy: zadanie do wykonania, określony czas, stawka pieniężna do zyskania lub straty i Agent. Na szczęście wykazaliśmy się sprawnością oraz umiejętnością strategicznego myślenia i otrzymaliśmy zasłużoną nagrodę: hotel o zdecydowanie wyższym standardzie w sąsiedztwie sklepu, restauracji i barów a co najważniejsze z drogą na plażę, która można pokonać pieszo! A o to nam właśnie chodziło.

Poprzedni hotel podobał nam się bardzo. Kameralny i cichy położony w spokojnej dzielnicy prowadzony przez przemiłych ludzi. Jedynym mankamentem był fakt, że nie dało się dojść stamtąd pieszo ani do sklepu, ani do baru ani na plażę. Droga która tam prowadziła, dość ruchliwa nie miała ani chodnika ani pobocza. Na poboczu za to miała rów, olbrzymi rów…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here