Ostatnio byłam świadkiem takiej mniej więcej rozmowy, to znaczy pół rozmowy, bo przez telefon, więc połowę dialogu słyszałam.
– Miał pan zacząć dziś rano. Nawet pan nie zadzwonił by mnie poinformować o przesunięciu terminu.
– …..
– Trochę jestem zły na pana (z uśmiechem w głosie). Nieee, nie chcę, żeby się pan tłumaczył. To kiedy pan zacznie?
Rozmówca był tylko trochę zły na kogoś kto zawalił termin i nie raczył nawet o tym poinformować. Dorosły rozmówca. I dorosły zawalacz terminu. To ważne – bohaterami tego dialogu są dorośli.

Dlaczego dzieciom robimy kilometrowe wykłady, niekończące się moralizy? Dlaczego dla dorosłych jesteśmy wyrozumiali? Mamy dla dorosłych cierpliwość nawet jak coś zbroją?

Bo weźmy na przykład obiad przy stole. Dziecko trąca łokciem szklankę z kompotem. Kompot wylewa się na stół… jak reagujesz? Pewnie tak: nie możesz usiedzieć pięciu minut w spokoju?! Ciąge wiercisz się i wiercisz!! Nie patrzysz co robisz!! Trzepok jesteś!!

A teraz wyobraźmy sobie podobną sytuację ale z dorosłymi w roli głównej. No więc siedzimy sobie przy stole. Jeden z gości trąca łokciem kieliszek z czerwonym winem. Wino rozlewa się na obrus… Jak reagujesz? Najprawdopodobniej tak: oj, nie przejmuj się, nic się nie stało (mówisz głosem miękkim jak pluszak), to tylko wino, zaraz wytrę stół, zmienię obrus, mam nowy super proszek do prania – będzie okazja, żeby go wypróbować, nie ma żadnego problemu.

No a to już standard: rodzic siedzi pół dnia z telefonem komórkowym w ręku. Sprawdza oczywiście same ważne rzeczy. Załatwia bardzo pilne sprawy. Podchodzi do owego dorosłego mały człowiek i błagającym głosem mówi, że też chce. Co słyszy? Nie! Komórka nie służy do zabawy!
Na pewno u was też, podczas rodzinnych przyjęć jest ktoś (albo i kilka takich ktosiów) kto chwali się zdjęciami w telefonie. Z wakacji, z pracy, synka swego czy kotka sąsiada. Wszyscy zbierają się w kółku i wgapiają ślepia w ekran, śmieją się i komentują. Jeśli jakiś maluch przypląta się między nogami i jeśli w ogóle zostanie zauważony, w ferworze komentowania świetnych zdjęć, to na pewno usłyszy, że komórki to nie dla dzieci, że klocki ma przecież…

Albo: dziecko ma alergię pokarmową. Nie może jeść większości słodyczy, żadnych ciast, cisteczek ani drożdzóweczek. No ale dorośli mogą. Więc sobie kupują. I jedzą. No bo co, mają nie jeść? Nie oni mają problem. Kilkuletnie dziecko musi zrozumieć, że nie może. A dorosły czemu ma nie móc jeść kiedy chce?

Dlaczego jesteśmy tak bardzo wymagający dla małych dzieci. Dlaczego nie mamy dla nich tyle zrozumienia co dla siebie samych? Bo dziecko się uczy? Bo musi poznać zasady? Bo jest małe i musi się uczyć co należy? A dorosły to może łamać zasady? Małe dziecko musi przecież zrozumieć, że ciasto jest dla niego niezdrowe, ale dorosły nie może się powstrzymać przed spałaszowaniem wuzetki? Dziecko musi zrozumieć, że kolorowy, świecący i grający telefon to nie zabawka. Podczas gdy dorosły nie może odmówić sobie pobawienia się ów migającym gadżetem. Dlaczego na dziecko, które przecież nie rozlało kompotu celowo krzyczymy ale dorosłego w identycznej sytuacji zapewniamy, że nic się przecież nie stało?

Pomóżcie mi to zrozumieć. Bo choć sama czasem niecierpliwię się, gdy Mimi nakruszy, to na dorosłych zła jestem jak osa i mam ochotę wbić im żądło jak robią rzeczy, których dzieciom (dla zasady wymyślonej przez dorosłych) nie wolno.

 

PS. Kochani, wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe… love u all 🙂

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here