Ja nie wiem. Nie rozumiem. Jedyne co chce to wsiąść w samolot i odbyć kolejną dwunastogodzinną podróż. Tym razem w jedna stronę. Chcę by było ciepło, wilgotno, by świeciło słońce, by… W zasadzie tego też nie wiem. Nie wiem czy to chodzi o temperaturę, czy ilość drobniutkich cząsteczek wody unoszących się w powietrzu. Może to w ogóle nie to. Może coś zupełnie innego powoduje, że Kruszon ma skórkę gładką jak pupcia niemowlaka, że nie ma skorupki, krostek, szorstkich plamek, zaczerwienień, że nie drapie się do krwi. Nie wiem co to jest. Ale po tej drugiej podróży jesteśmy prawie pewni, że to nie o dietę chodzi. Bo już pierwszego dnia na Mauritiusie wszystko zaczęło się goić, jeszcze zanim cokolwiek miejscowego zjadłam. Po powrocie sytuacja miała się podobnie. Dosłownie z minuty na minutę czerwone plamki rosły na buźce Kruszona a ja nic polskiego nie jadłam… Rano policzki były czerwone, gorące i z paskudnymi krostkami. Chciałam się pakować i wracać.

Po powrocie z Kuby, po pierwszej nocy w domu wszystko wyglądało identycznie, tylko wtedy myśleliśmy, że to zmiana diety, że może coś, gdzieś, jakieś „śladowe ilości” jednak mają znaczenie.

Dziś wiemy, ze oprócz diety jeszcze coś trzeba zmienić. Tylko jeszcze nie wiemy co. I jak. A krostki na nóżkach już maja się świetnie, już swędzą, buźka wygląda w miarę dobrze tylko dzięki maści ze sterydami, bo nic innego nie działa.

Chcę wyjechać. Choćby nad polskie morze. Może ono też pomoże…

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWozimy się
Następny artykułOdliczanie: 4

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here