Za chwilę, za cztery dni, nasz wspólny debiut. Biegniemy w trójkę „na dychę”. Z wózkiem. To znaczy liczymy, że pobiegniemy… Nie nastawiamy się na żadne rekordy ale pieszo przejść całego dystansu nie chcemy. Połowy przejść nie chcemy. W ogóle iść nie chcemy. Ale Mikołaj plus wózek równa się wielka niewiadoma. Może w ogóle nie dać się go posadzić w wózku. Albo zgodzi by za chwilę wybuchnąć płaczem.

zdjecie (6)

Teraz, gdy wychodzimy całą rodziną pobiegać często wygląda to tak, że Mikołaj z mniejszymi lub większymi oporami daje się wsadzić w wózek. Płacz na dobre zaczyna się po kilku minutach. Biegnę zwykle wtedy przed nim skacząc wysoko, machając rękoma, wypluwając z płuc równoważniki zdań by wyrwać go z letargu i spalając cenną energię, by tylko zwrócić na siebie uwagę Krzykacza. Krzykacz zapamiętany w swoim krzyczeniu, przez oczy mocno zaciśnięte nie widzi nic co się przed nim dzieje. I tylko nadzieja w tramwaju przejeżdżającym obok i robiącym dużo hałasu. Jak Mikołaj się zainteresuje to jest i szansa, że zamilknie a po chwili… uśnie. I wtedy spokojnie można biec przed siebie. Do zatrzymania. Bo jak wózek się zatrzyma to Mikołaj się obudzi. Nie ma lepszego motywatora by biec bez zatrzymania… Wizja budzącego się Piskacza daje niezłego kopa do treningu. 😉

Wracając do zawodów, mam nadzieję, że tłum ludzi zajmie go na tyle, że zapomni, że zwykle wózek parzy a podczas jazdy kibice będą na tyle absorbować jego uwagę, że dyszkę zrobimy z uśmiechem na buzi. I będziemy chcieli więcej. Tak, tak mi się marzy…

Wszystko okaże się już za cztery dni. Do zobaczenia na trasie!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMoże morze…
Następny artykułPierwsza Dyszka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here